Home Artykuły Dlaczego w Stanach Zjednoczonych nikt nie wierzy w zmiany klimatyczne?
Dlaczego w Stanach Zjednoczonych nikt nie wierzy w zmiany klimatyczne? PDF Drukuj Email
Prawdziwy Amerykanin mieszka na przedmieściach, ma przynajmniej dwa potężne samochody z napędem na cztery koła oraz prawdopodobnie broń i nadwagę. Gwarantuje mu to (no może poza problemami z tuszą) konstytucja USA, która daje mu również prawo do obrony tego „amerykańskiego stylu życia”. To hasło wytrych, z którym próżno by walczyć kolejnym liderom politycznym. I tak jak końca w tym kraju nie ma dyskusja na temat ograniczenia dostępu do broni, tak samo nie widać póki co, aby rząd Stanów Zjednoczonych miał szybko zrobić coś istotnego w sprawie zmian klimatycznych. Szczególnie, że być może już niebawem mówienie o ociepleniu klimatu będzie niezgodne z prawem.


Człowiek zmotoryzowany

Stany Zjednoczone Ameryki Północnej to jeden z bardziej znaczących na świecie producentów ropy naftowej, nie ma się zatem co dziwić, że przemysł (nie tylko samochodowy) bardzo dobrze się tu rozwinął.  Nikt też raczej nie ma wątpliwości, że póki co to właśnie ten kraj jest liderem światowej gospodarki, choć być może już za 10 lat medalowa czołówka może się zdecydowanie zmienić – USA po piętach zaczynają deptać przede wszystkim Chiny i Indie - tym bardziej, że obecny kryzys gospodarczy poważnie uderzył w północnoamerykańskiego giganta. Jednak dekoniunktura powoli mija, a amerykańskie firmy w dalszym ciągu nie muszą się martwić o dostęp do źródeł stosunkowo taniej energii. Skoro więc jest tak dobrze, to po co cokolwiek zmieniać? Jak podaje amerykańska organizacja non-profit Post Carbon Institute za ASPO-USA (Association for the Study of Peak Oil & GAS – USA) już za 40 lat produkcja ropy w tym kraju spadnie niemal do zera [1], a to będzie prawdopodobnie oznaczać gwałtowny spadek konkurencyjności firm z USA. Energia odnawialna jest póki co droższa niż ta uzyskiwana ze źródeł tradycyjnych, ponadto stosowne inwestycje w zieloną energię na pewno muszą się najpierw zamortyzować, aby zacząć przynosić korzyści (tym bardziej, że okres ten trwa z reguły długo – nawet kilkadziesiąt lat). A jednak w amerykańskiej prasie i telewizji głównego nurtu próżno by szukać informacji na ten temat. Być może jest to podobny mechanizm jak w przypadku erotyki w hollywoodzkim filmie – jeśli jej nie pokażemy, to nasze dzieci się o niej nie dowiedzą.

Climategate czyli odpowiedzialność zbiorowa

Ale to tylko jedna strona medalu. W listopadzie 2009 roku już i tak sceptyczna i wietrząca światowe spiski Ameryka podobnie jak cały świat dowiedziała się o tym, że naukowcy specjalizujący się w badaniu zmian klimatycznych kłamią i fałszują wyniki badań. Jak to możliwe? Do publicznej wiadomości przedostały się prywatne maile, jakie wymieniali pomiędzy sobą członkowie zespołu  Climatic Research Unit, działającego przy Uniwersytecie Wschodniej Anglii pracujący nad raportem dotyczącym wpływu człowieka na ocieplenie klimatu. Styl tej korespondencji został przez krytyków tej koncepcji zinterpretowany jako dowód na to, że przekonania te nie mają uzasadnienia w danych.[2] Najdalej posunął się republikański senator James Inhofe, który zasugerował, że prawdopodobnie w wyniku tego incydentu doszło do złamania prawa federalnego. Czy będą faktycznie w związku z tym jakieś spektakularne procesy sądowe (a nie byłoby to wcale takie dziwne znając upodobanie Amerykanów do tego sposobu rozwiązywania konfliktów) - nie wiadomo, ale fakt jest faktem, że naukowcy zostali poważnie zdyskredytowani w oczach obywateli kraju kwitnącej demokracji.

Europejski siostrzeniec wuja Sama


W Polsce o zmianach klimatycznych w mediach w zasadzie mówi się i pisze niewiele, a jeśli już, to, jak podkreśla dziennikarz Gazety Wyborczej i obrońca przyrody Adam Wajrak, nie do końca słusznie.[4] Zarzuca on polskim dziennikarzom przede wszystkim to, że traktują ten temat bardzo pobieżnie oraz powtarzają utarte slogany, które mogą sugerować, że zmian klimatycznych tak naprawdę wcale nie ma, mimo że dane przeróżnych, niezależnych ośrodków naukowych udowadniają coś całkiem przeciwnego. Tego rodzaju działalność nie ma waloru edukacyjnego dla społeczeństwa, powodując wręcz dezinformację. Według badania Pew Global Attitudes Project w 2007 roku liczba przejętych sprawą zmian klimatycznych Polaków wyniosła 33% (i tylko 37% dla Stanów Zjednoczonych)[5]. Wygląda zatem, że efekt tej sytuacji po obydwu stronach Atlantyku jest w zasadzie dokładnie taki sam – podejmowane jest minimum działań, które wymagają od USA i Polski organizacje międzynarodowe, ale brak jest wyraźnej ogólnonarodowej strategii w tej sprawie. Równie rzadko pojawia się jakakolwiek inicjatywa uregulowania tej kwestii ze strony rządów obydwu krajów. A jeśli już, to propozycje te znikają w masie „pilniejszych spraw”. Pytanie tylko, jak długo jeszcze maksyma Scarlett O'Hary z „Przeminęło z wiatrem”, czyli „Pomyślę o tym jutro”, będzie w tym przypadku przynosić pożądane rezultaty.


 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież